Anna Kazimiera Folta-Rusin

Komparatysta pisze eseje. Nieskończony projekt

„I widzimy, iż dusza w swoich namiętnościach

raczej mami sama siebie,

stwarzając sobie fałszywy i urojony przedmiot,

zgoła przeciw własnemu wierzeniu,

niżby się miała wyrzec działania”1

 

„Tak grotem rażon niedźwiedź panoński się sroży,

Gdy mu z linki puszczony oszczep bok otworzy:

Skręca się ku swej ranie, chce w pysk chwycić drzewce

I tak w kółko tańcuje i z oszczepem drepce”2

„Mam zwyczaj czasem powracać [do Montaigne’a]”3 – a może inaczej – sięgam po Próby, aby przepisać fragment, który nadawałby się na punkt wyjścia mojego tekstu. Sięgam po przekład, ponieważ jest pod ręką, a ponadto czuję, że Tadeusz Boy-Żeleński będzie dla mnie lepszym towarzyszem i przewodnikiem po literaturze francuskiej niż ja sama. Tak, moje działanie jest pewnego rodzaju deklaracją – wierzę, że stworzona w pośpiechu, miejscami dyskusyjna literatura francuska, przełożona przez Boya-Żeleńskiego pozwala mi lepiej zrozumieć twórczość „obcą” niż mój, naznaczony „niedorozumieniem”, bezpośredni kontakt z dziełem w oryginale. „Często powtarzam – pisze Gayatri Chakravorty Spivak – że przekład jest najbardziej intymnym aktem czytania”4. Czy jednak każdą próbę tłumaczenia można nazwać lekturą głęboką? A może należy zapytać inaczej – na ile interpretacja tłumacza mnie przekonuje? I co sprawia, że ją akceptuję? Dlaczego czytam Montaigne’a w przekładzie, a nie w oryginale? Odpowiedź z pozoru prosta – nie znam na tyle języka francuskiego, żeby zmierzyć się z Essais, a nie z Próbami. A może wolę czytać Boya-Żeleńskiego, bo jest mi bliższy, bo nie jest obcy? Nawet gdybym biegle władała konkretnym językiem, nie miałabym gwarancji, że potrafię czytać (rozumieć?) tekst nie-polski, nie-swój. Innymi słowy, dobrze wiemy, że tłumaczenie nie jest wyłącznie kwestią znajomości języka.

„Dręczyła mnie tęsknota za Paryżem, brakowało mi nowego uśmiechu Francji, jej żartobliwej, a głębokiej mądrości, jej miłosnego powiewu – pisze Boy-Żeleński – Zacząłem doznawać mglistej potrzeby, aby udzielić mego entuzjazmu a zarazem stworzyć sobie w moim gabinecie sztuczną Francję, coś niby modne dzisiaj w medycynie »sztuczne słońce górskie«. Przypomniałem sobie chwile spędzone z Balzakiem i od Balzaka też zacząłem. […] Coraz więcej smakowałem w tej zabawie, stawała mi się nałogiem. Przestawać co dzień po kilka godzin w najpoufalszym zbliżeniu z genialnym pisarzem — a nikt z nim tak blisko nie obcuje jak tłumacz […]”5 [podkr. A. F-R].

Uczucia towarzyszące lekturze literatury francuskiej – pokusa tworzenia „sztucznej Francji” – mówią wiele o pragnieniu komparatysty, szukającego dziś nie tyle analogii, ile bliskości. „Najpoufalsze zbliżenie”, któremu towarzyszy tęsknota za krajem i kulturą, która nominalnie pozostając „obca”, okazuje się dla podmiotu tłumaczącego „bliska”. Obojętne, czy jak Spivak będziemy mówić o „równoważności języka” (równoważności zacierającej różnicę)6, czy o „akcie najpoufalszego zbliżenia” – w obydwu przypadkach chodzi o doświadczenie zatracenia w języku innym niż nasz „pierwszy”. Doświadczenie to, związane z fascynacją, niekoniecznie musi stać się udziałem każdego tłumacza (można przekładać automatycznie, dzięki biegłej znajomości języka). Być może głębokie zrozumienie innej kultury zaczyna się wówczas, gdy pisarz rozmawia (czyta?) z pisarzem? Warto zapytać, czy doświadczenie tworzenia literatury ułatwia, czy też utrudnia tłumaczenie.

Komparatysta i tłumacz nie bez przyczyny występują tutaj razem. Każdy bowiem akt porównania (dzieła napisanego w naszym „pierwszym” języku oraz dzieła należącego do innego języka; dzieła literackiego i dzieła stworzonego w innym medium czy dzieł należących do różnych kultur) – jeśli mamy do czynienia z doświadczeniem prawdziwej fascynacji, a nie z przypadkowym spotkaniem – prowadzi do działalności przekładowej. Nikt, kto kocha, nie zawaha się uczynić osoby kochanej własną. Czy uwzględniając prawo do „inności” i osobności”, powinniśmy tłumić (hamować?) chęć i pokusę „stworzenia sobie w gabinecie sztucznej Francji”7? Zarówno tłumacz, jak i badacz literatury zmagają się z pokusą „zawłaszczenia”. Uświadomieni przez Gombrowicza, mówimy: „poniedziałek – ja, wtorek – ja, środa – ja…”, ale równocześnie panicznie boimy się znaleźć siebie we własnej pracy. Strach ten nas obezwładnia8. Wszak w każdej chwili odbiorca może zarzucić nam, że używamy ulubionych zwrotów (przemycamy własne memy9), że zniekształcamy styl autora oryginału. Tymczasem niedawno, za sprawą lektury Cmentarza południa Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, natrafiłam na stanowisko odmienne, które być może uleczy lub przynajmniej uśmierzy nasz lęk, skłaniając do tworzenia „mimo wszystko”10:

„Niektórzy pisarze, mówiąc o swoich utworach, powtarzają: »Moja książka, mój komentarz, moje opowiadanie…« Lepiej by zrobili, mówiąc: »Nasza książka, nasza opowieść, nasz komentarz«, gdyż zazwyczaj w owych książkach i narracjach więcej jest innych niż ich samych”11 [podkr. A. F-R].

Znalazłszy fragment myśli Pascala, pełniący w opowiadaniu Herlinga-Grudzińskiego funkcję motta, sięgam po więcej… Co ma na myśli filozof, pisząc „nasza opowieść”? Czy czynną lekturę, która sprawia, że czytelnik rozumie dzieło inaczej, niż zaplanował to sobie autor?
W pierwotnym kontekście myśli Pascala, w przekładzie Tadeusza Boya-Żeleńskiego, towarzyszyło pominięte w motcie porównanie: „Trąci to [tzn. postawa pisarzy mówiących: „moja opowieść”] mieszczuchem, który mając jakąś tam kamieniczynę, ciągle ma pełno »u mnie« w gębie”12. Pascalowi idzie zatem nie tyle o proces lektury i interpretacji, czyniący z książki „wspólne doświadczenie”, ile o postawę pisarza, który nie powinien traktować opowieści jako dobra raz na zawsze mu podporządkowanego, do którego nikt inny nie ma prawa. W opowiadaniu Cmentarz południa Herling-Grudziński, odpowiadając na słowa Pascala, konfrontuje ze sobą dwie odmienne koncepcje pisarskie. Pierwszą z nich reprezentuje Grudziński, drugą angielski pisarz, który „założył fabryczkę produkującą powieści” (narrator przedstawia czytelnikowi Anglika jako sprawnego rzemieślnika, produkującego jedną średniej wartości powieść na rok). Podczas wspólnej podróży pisarzy do Albino Herling-Grudziński nieopatrznie zdradza Anglikowi historię niezwykłego cmentarza, po czym uświadomiwszy sobie, że „kolega po fachu” może wykorzystać tę opowieść jako fabułę następnej książki, podstępem próbuje odwieść go od powziętego zamiaru:

„Słuchaj Hugh – mówi przyjacielowi – czytałem w niektórych recenzjach z twoich powieści, że jesteś mistrzem epilogów (…). To, co ja ci opowiedziałem, musi pozostać otwarte. Otwarte, powiedziałbym na wszystkie strony, zależnie od wrażliwości i wyobraźni czytelników. (…) Jednym słowem, istnieje opowiadanie otwarte, o takim opowiadaniu myślałbym, gdybym sam zamierzał coś na ten temat napisać. (...)

– Widzę, że w delikatny sposób zabezpieczasz swój copyright”13 [podkr. A. F-R].

Tylko pozornie dyskusja toczy się na temat kompozycji powieści. Przeciwstawienie formy zamkniętej i otwartej daje autorowi Innego świata pretekst do zaprezentowania własnej postawy pisarskiej, w której czytelnik okazuje się nie mniej ważnym od „spisywacza” autorem opowiadanej historii. Czytając, przejmuje ją i czyni własną. Sygnatury pisarskiej, jak się okazuje, nie warto pojmować jako aktu własności. Postawa „moja książka” nie opłaca się pisarzowi, ponieważ opowieść, której nie przekazuje się dalej, znika. Aby nadal istnieć, utwór musi zatem znaleźć swoje miejsce w pamięci jak największej liczby odbiorców. Innymi słowy, zostać skutecznym memem14, wirusem, który nieustannie zaraża.

Rolą komparatysty jest rozprzestrzenianie memów „innego”. Jego zadanie polega na przekazywaniu opowieści cudzej w obrębie własnej kultury. Badacza „dziwaka” charakteryzuje (odróżnia?) od innych: po pierwsze, brak jasno zarysowanych granic dyscypliny („ludzie wszechstronni nie chcą szyldu i nie czynią zgoła różnicy między rzemiosłem poety a hafciarza”15 – powie Pascal za Montaigne’em), a co za tym idzie, jasno określonej profesji (szyld, etykietka, wizytówka); po drugie, zmienność (ruchomość) zainteresowań i ich dowolność; po trzecie, pasja (w znaczeniu zarówno męki i cierpienia, jak i zamiłowania); po czwarte, ciągle niedokończony projekt („work in progress” – dzieło w toku). Zalety te jednak przy odrobinie wysiłku łatwo przekształcić można w wady i zarzuty przeciwko panu K.

Bo skoro komparatystyka jest „dyscypliną poza dyscypliną”16, dlaczego ma się dla niej znaleźć miejsce wśród dziedzin na Uniwersytecie? Zarzut – „komparatysta to pasożyt” (w formie „humanista to pasożyt”) – z powodzeniem przenosi się dzisiaj również na inne dyscypliny humanistyczne.

Z kolei zmienność i dowolność pola badawczego kojarzy się dzisiaj z badaniem powierzchownym, niekompetencją, z wiedzą o wszystkim (pychą?), w imię argumentu „wszystko znaczy nic”. Zarzut – „komparatysta to badacz bez specjalizacji” – niepokoi zatem jeszcze bardziej niż poprzednie.

Także zamiłowanie, ciekawość i pasja nie świadczą na korzyść badacza, ujawniają natomiast, że pan K. ma pewną słabość wobec przedmiotu badań, zatem nie potrafi zdystansować się i indagować obiektywnie (pasja wyklucza dystans). Zarzut – „komparatysta to maniak” – izoluje i wyklucza badacza ze środowiska naukowego.

Naukowości, a co za tym idzie – wiarygodności projektu w obliczu innych dyscyplin – nie sprzyja także to, że komparatystyka jest przedsięwzięciem, którego nie da się ostatecznie zamknąć, dokończyć. Prowadzone badania nigdy nie doprowadzą do powstania dzieła, które porównałoby wszystkie kultury, tworząc paradygmat podobieństw i różnic. Komparatystyczny projekt jest dziełem w toku, tworem otwartym, niesprecyzowanym – nawet co do stylu i kompozycji.

Jednak największym przewinieniem, dyskwalifikującym komparatystę z grona kompetentnych badaczy, jest Derridiańska wolność absolutna (ignorowanie granic poszczególnych dyscyplin), której symbolem stała się kontrsygnatura. „Przedmiotem krytyki jest »sama bezczelność [śmiałość?], którą wykazałem, ośmielając się mówić jednym tchem o tak różnych rzeczach«” [podkr. A. F.-R.]17 – pisze Tadeusz Sławek. Komparatysta jawi się jako złodziejaszek, który bogaci się kosztem innych, podkradając z każdego pola. Mienie narodowych literatur się kurczy, a on duplikując memy interdyscyplinarności, nie dość, że zawłaszcza i wciąż chce więcej, to jeszcze znosi i niszczy stary porządek! Podły rewolucjonista…

Tymczasem entuzjasta „nowego ładu”, Jurij Andriejewicz Żywago – lekarz i poeta, podczas gdy kule świszczą mu nad głową, zdradza przyjacielowi jedną z głównych przyczyn popularności komparatystycznego projektu:

„Weźmy na przykład (sam czytałem) takie oto sentencje: »Dzień szary jak wczoraj. Od rana deszcz, słota. Patrzę przez okno na drogę, po której długim szeregiem wloką się jeńcy. Wozy wiozą rannych. Strzela działo. Znów strzela, dziś tak jak wczoraj, jutro tak jak dziś, i tak co dzień i co godzinę«. Pomyśl tylko, jakie to przenikliwe i dowcipne! Tylko dlaczego on ma pretensje do działa? Cóż to za kaprys wymagać od armaty różnorodności? Czemu zamiast dziwić się armacie, nie zdziwi się samemu sobie, że dzień w dzień strzela wyliczeniami (…). Czyż nie rozumie, że to on, a nie armata, powinien być wciąż nowy, nie powtarzać się (…) fakty nie istnieją, dopóki człowiek nie wniesie w nie czegoś własnego, jakiejś cząstki rozigranego ludzkiego geniuszu, fantazji”18 [podr. A. F.-R].

Ekspansję komparatystyka zawdzięcza w dużej mierze różnorodności samych badaczy19, którzy za pośrednictwem własnego, odrębnego punktu widzenia przyciągają czytelników i słuchaczy. Ich pochodzenie, opisywane doświadczenia, rozległość zainteresowań, a przede wszystkim fantazja powodują rozprzestrzenianie się porównawczych memów. W istocie przecież komparatystom zawsze zależało na różnicy — wykwintnym gumbo, które łączy owoce morza, wołowinę i warzywa, nie zaś na analogii – szarej obozowej pulpie bez wyrazu. To zbiorowisko mieszańców20 powoli pokonuje granice, nie aby każde doświadczenie uczynić uniwersalnym (i udostępnić je każdemu), lecz – aby zaznaczyć odrębność. Komparatysta zbliża, żeby chwilę później oddalić, jak obiektyw kamery, za którą, o czym nie wolno zapominać, stoi przecież operator-dyplomata.

„Przekład zawsze wydobywa najlepiej te aspekty dzieła, na które jego czytelnicy są przygotowani [które są bliskie kulturze odbiorcy] – pisze Haun Saussy – tymczasem to, co najbardziej warte poznania, może wymagać od czytelników najbardziej żmudnej i pomysłowej adaptacji. (…) Jako komparatyści musimy kojarzyć czytelników i strategie czytania tak, aby doprowadzić do jeszcze szerzej zakrojonego i wnikliwszego współdziałania (collaboration of reading) [podkr. A. F.-R.]”21. Saussy’emu marzy się „mocna” rola komparatysty – pośrednika-przewodnika wspomagającego i czuwającego nad komunikacją między kulturami. W tej wizji pan K. jest dyplomatą, który wskazuje, jak mamy czytać tekst, aby właściwie zrozumieć i nie zobaczyć w nim własnej kultury – jednym słowem, aby zapobiec efektowi lustra. Można jednak przewidzieć, przypominając historię Józefa K. (brata bliźniaka pana K.), do czego niewinna z pozoru rola szarej eminencji może doprowadzić. W jaki sposób komparatysta miałby sterować odbiorem? Chyba nie za pośrednictwem rozpraw naukowych, do których czytelnicy „niefachowi” raczej nie zaglądają?

Może raz jeszcze warto zastanowić się nad formą komentarza, dygresji do tekstu tłumaczonego – w przypisie, na marginesie, w postaci przedmowy lub posłowia. W epoce cyfryzacji istnieje jeszcze inna możliwość – hipertekst, który daje większe możliwości niż przypisy. Link kusi odbiorcę do klikania, komparatyście natomiast daje możliwość stworzenia – równoważnego wobec tłumaczenia – komentarza, w którym mógłby zwrócić uwagę na różnicę, pęknięcie, „niedorozumienie”. Czy powinniśmy przenieść twórczość „innego” w sferę hipertekstu? Tak, tego domaga się przekład rozumiany jako akt komunikacji. komparatysta chętnie pisuje eseje (powieści, a nawet wiersze)…22 Interesują go bowiem formy dyskursywne, prowokujące do dialogu, rozmowy o tekście, komparatysta powinien sytuować się zatem bardziej po stronie czytelnika (rozmówcy), niż badacza. Jego wywód badawczy zaś pełni obok funkcji poznawczej, także funkcję (którą z braku dobrego określenia) nazywam komunikatywną (nie fatyczną). Komparatysta pośredniczy nie tylko między badaczami poszczególnych literatur narodowych, lecz również między czytelnikiem i autorem, pełniąc rolę mediatora kulturowych znaczeń.   

Kompleks własnego, subiektywnego punktu widzenia – który wciąż podkreślamy w tekstach, jakby zawczasu broniąc się przed oskarżeniami o niekompetencję i niespójność wywodu – z perspektywy eseju kompleksem być przestaje. Otwarta kompozycja, niedokończenie, niedomknięcie nie tylko pozwala w wywodzie naukowym budować napięcie, lecz także sprawia, że badanie wydaje się czytelnikowi atrakcyjniejsze – esej niesie posmak Tajemnicy. Odbiorca kolejno odkrywa subiektywną ścieżkę lektury autora, odkrywa źródło jego zainteresowania, fascynację, a nawet manię, bo w komparatystyce świadomie zaciera się granicę między przedmiotem badań a podmiotem badawczym. Podmiot i jego tożsamość wciąż korespondują z polem badawczym, trudno je rozdzielić – każde z kochanków wówczas by ucierpiało. Komparatystyka według mnie nie polega (jak twierdzi Tadeusz Sławek23) na przyjaźni. Myślę, że to uczucie silniejsze, w którym dystansowanie się nie wchodzi w grę, to uczucie miłości wobec tego, co odróżnia ludzki gatunek – zawłaszczenia nie da się uniknąć, a jednak nie da się istnieć bez drugiego (bez Innego). Badania komparatystyczne można porównać do deseru.

„Cud i dar deseru – pisze Marek Bieńczyk – polegają zatem na tym, że jest on niekonieczny do przeżycia i wnosi w nasze istnienie to (sic!) właśnie: bezużyteczność. I ta wspaniała zbędność jest duchowym, a nie tylko dosłownym luksusem. Stajemy się ludźmi (…), bo możemy zajmować się rzeczami, których życie fizyczne od nas nie wymaga”24.

Dlatego komparatysta woli formy hybrydyczne, kapryśne, woli eseje niż sprawozdania badawcze. Kryzys komparatystyki jest skutkiem dążenia badaczy do sformułowania siatki uniwersalnych i niezawodnych metod oraz narzędzi badawczych, umożliwiających wyodrębnienie samodzielnej dyscypliny Innymi słowy to, co leży w interesie badaczy oraz Instytucji Uniwersytetu (odrębność i samodzielność, przekładającą się na korzyści materialne np. granty, stypendia, dotacje na badania, kwerendy), niekoniecznie leży w interesie komparatystyki, jako projektu pokonywania granic między literaturami, literaturoznawcami i czytelnikami, nie zaś ich ustanawiania.      

Mary Louise Pratt próbując scharakteryzować sytuację komparatystów, zaproponowała metaforę farmy, która szybko – w postaci powracającego memu (przytacza ją w tekście między innymi Tomasz Bilczewski) – rozpleniła się w innych tekstach teoretycznych. Warto i tutaj zacytować (powtórzyć) ją w skrócie raz jeszcze:

„Tak się składa, że wychowałam się na farmie w hrabstwie Perth (…) W hrabstwie Perth odgradzanie to poważna sprawa. (…) Wymaga to nadzoru i sporego zachodu. (…) nie dojdzie do żadnych nieprzewidzianych kojarzeń (…) Chciałabym zaproponować nieco inną wizję. Wyobraźmy sobie, że to my, komparatyści, jesteśmy zwierzyną w klatkach i zagrodach. Nie ma już farmera. Spędza emeryturę na Florydzie, a przed wyjazdem otworzył wszystkie furtki i bramy. (…) dojdzie zatem niechybnie do nietypowych krzyżówek, z których narodzą się nieznane dotąd stworzenia”25.

Świadomość własnego punktu widzenia, a co za tym idzie odrębnego i jedynego w swoim rodzaju podejścia do przedmiotu badawczego czyni z komparatysty badacza otwartego na doświadczenia innych. Komparatysta przyznaje się do słabości, ponieważ to ułomność gwarantuje mu mocną pozycję. Oryginalny, wyróżniający się spośród innych, zwracający na siebie uwagę – jest arcymistrzem wśród badaczy.

Zwrot: „Wyczyta się tu żywcem moje braki i moją szczerą postać o tyle, o ile publiczna obyczajność pozwoliła. Gdybym mieszkał wśród tych narodów, które jak powiadają, żyją jeszcze w swobodzie pierwotnych praw przyrody, upewniam cię, iż byłbym się z chęcią odmalował całego i ze wszystkim nago”26 – który u Montaigne’a jest zwyczajnym toposem skromności, w ustach komparatysty znaczy silną deklarację – „nie jestem jak inni badacze, nie interesują mnie prawa nauki, działam poza dyscyplinami27, myślę pozasystemowo28”!

Ponadto badacz „mieszaniec” chcąc przekazać swoje przemyślenia, wybiera esej, żeby nie musieć tłumaczyć się z porównania. „Dlaczego akurat Dante i Picasso?” – jakże często słyszeliśmy to pytanie… „Czy Picasso czytał Dantego?”; „nie dostrzegam podobieństw” – zarzut padał zazwyczaj z ust profesora prowadzącego seminarium. Dopuszczając wątpliwości innych, często hamujemy własną intuicję, sprawdzamy samych siebie, pytamy o rzeczy, których wcześniej byliśmy pewni. Zamiast porównywać musimy udowadniać. Niedługo to się zmieni.

Pan K. przestanie wreszcie marzyć o karierze nauczyciela arytmetyki, przekona się bowiem, że skończona liczba rozwiązań jest wyłącznie wymysłem człowieka. Postępujące zjawisko globalizacji uczy nas doceniać to, co różne, jedyne w swoim rodzaju, idiosynkratyczne. Komparatystyka spełnia nasze pragnienia – równocześnie różni i łączy. Na każdym wydziale, w każdym kraju możemy stać się świadkami innej przygody – spotkać z innym programem, innymi ogniskami zainteresowań, innymi porównaniami. Model europejski czy model amerykański – komparatysta nie wybiera, lecz tworzy swój własny model „procesu czytania”29. Jego zadaniem jest przekonać do niego innych. Żeby jednak tego dokonać, sam musi być do własnego porównania przekonany, przekonany co do jego wartości i sensu. Lęk i strach powinna zastąpić pasja tworzenia własnego tekstu o tekście.

„Historycznie »wygnanie» komparatystyki – pisze David Ferris – przyjmowało różne formy: »standardów« Levina, nieobecności definicji zarówno u Meltzla, jak i u Welleka, ostatnio: rozległej wiedzy o świecie, a ostatecznie – niemożliwości”. Jak możemy obronić się przed wygnaniem? Czy jedynym wyjściem pozostaje pisanie raportów o stanie dyscypliny? Może czas przestać marzyć o dyscyplinie, przedmiocie badań, usprawiedliwianiu istnienia, legislacji – a zająć się „próbowaniem”, dalej uparcie zestawiać teksty, śledzić interferencje, porównywać. Nie szukać swojego miejsca na Uniwersytecie, lecz kolaborować przeciwko Instytucji. Nie ustępując ze swojego miejsca, prowadzić wojnę partyzancką.

Za walor i mankament porównania, w zależności od punktu widzenia, należy uznać wzajemne oświetlanie się i wpływ elementów porównywanych. U Montaigne’a, w pierwszym z przytoczonych przeze mnie na początku fragmentów, czytamy o umiejętnościach duszy. Dusza – powiada Montaigne – działa, stwarzając w wyobraźni przedmiot, na który oddziałuje (działa mimo nieznajomości przyczyny) – „jakże to odważne i twórcze” – myślimy! Sięgając do przykładów owego działania, nagle zmieniamy zdanie. Niedźwiedź nie znając przyczyny bólu, gryzie wbite w ciało ostrze. Zadaje sobie ból. Jednak spontaniczne, niepoparte argumentami czy absurdalne działanie nie zawsze, myślimy, musi prowadzić do samookaleczenia. (Nie) dajmy się zwieść porównaniu!

 



[1] M. de Montaigne, Próby, tłum. T. Boy-Żeleński, t. I, Warszawa 2009, s. 80.

[2] M. Annaeus Lucanus, De bello civili sive pharsalia, Liber VI, w. 220, tłum. T. Boy-Żeleński [cyt za:] M. de Montaigne, op. cit., s. 80; W oryginale: M. Annaeus Lucanus, De bello civili sive pharsalia, Liber VI, w. 220, wersja online: http://www.thelatinlibrary.com/lucan/lucan6.shtml, [dostęp: 14.05.2013].

[3] Zob. parafraza początku eseju Jorge’a Luisa Borgesa, Kolisty czas, „Twórczość. Przegląd filozoficzno-literacki” 2003, nr 2 (4), s.37–41. „Mam zwyczaj powracać do Wiecznego Powrotu […]” – rozpoczyna Borges.

[4] G.Ch. Spivak, Komparatystyka ekstremalna, tłum. D. Kołodziejczyk, „Recykling Idei” 2008, nr 10, s. 133.

[5] T. Boy-Żeleński, Jak zostałem literatem, [w:] idem, Znasz li ten kraj?... i inne wspomnienia, Gdańsk 2001, s. 132.

[6] Por. anegdota Gayatri Chakravorty Spivak opowiadająca o matce-hindusce, która usłyszawszy na lotnisku zdanie w języku angielskim stwierdziła: „Kochanie, to język ojczysty”. G.Ch. Spivak, Komparatystyka ekstremalna, op. cit., s. 132.

[7] T. Boy-Żeleński, Jak zostałem literatem, op. cit., s. 132.

[8] Por. Ch. Bernheimer, Wstęp. Lęk przed porównaniem, tłum. P. Sobolczyk [w:] Niewspółmierność. Perspektywy nowoczesnej komparatystyki. Antologia, pod red. T. Bilczewski, Kraków 2010, s.115-136. Tekst Bernheimera rozpoczyna następująca konstatacja: „Komparatystyka jest lękotwórcza”.

[9] Por. S. Blackmore, Maszyna memowa, tłum. N. Radomski, Poznań 2002.

[10] Por. znaczenie określenia „mimo wszystko”: G. Didi-Hubermann, Obrazy mimo wszystko, tłum. M. Kubiak-Ho-Chi, Kraków 2008.

[11] B. Pascal, Myśli [cyt. za:] G. Herling-Grudziński, Gorący oddech pustyni, Warszawa 1997, s. 5.

[12] B. Pascal, Myśli, tłum. T. Boy-Żeleński, Warszawa 2008, s. 43.

[13] G. Herling-Grudziński, Gorący oddech pustyni, op. cit., s. 34–35.

[14] Zgodnie z terminologią Susan Blackmore. „Wszystko, co przejęliście przez naśladownictwo od innych, jest memem. […] [Żeby zaistniało naśladownictwo], musi nastąpić przekaz, [konieczne jest także spełnienie trzech warunków: zmienności, doboru i utrwalania zmian”. Zob. S. Blackmore, Maszyna memowa, op. cit., s. 30–31.

[15] B. Pascal, Myśli, op. cit., s. 39–40.

[16] Zob. D. Ferris, Dyscyplina poza dyscypliną, tłum. J. Momro, T. Bilczewski [w:] Niewspółmierność. Perspektywy nowoczesnej komparatystyki. Antologia, pod red. T. Bilczewskiego, Kraków 2010, s. 243–273.

[17] T. Sławek, Literatura porównawcza: między lekturą, polityką i społeczeństwem, [w:] Polonistyka w przebudowie: literaturoznawstwo – wiedza o języku – wiedza o kulturze – edukacja: Zjazd Polonistów, Kraków 22–25 września 2004, pod red. M. Czermińskiej, S. Gajdy, K. Kłosińskiego, A. Makowieckiego, R. Nycza, Kraków 2005, t. 1., s. 394.

[18] B. Pasternak, Doktor Żywago, tłum. E. Rojewska-Olejarczuk, Warszawa 2007, s. 145–146.

[19] By wymienić tylko niektórych: Gayatri Chakravorty Spivak – przedstawicielka feministycznej dekonstrukcji, tłumaczka, autorka tekstów założycielskich krytyki postkolonialnej, obecnie profesor Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku (z pochodzenia Hinduska urodzona w Kalkucie, po zdobyciu dyplomu emigrowała do Stanów Zjednoczonych); Susan Basnett – translatolożka, poetka, autorka powieści, profesor Uniwersytetu Warwick, Steven Tötösy de Zepetnek – z pochodzenia Węgier, kanadyjski uczony, zajmuje się kulturoznawstwem porównawczym, Emily Apter – romanistka, komparatystka, Michael Riffaterre – urodzony we Francji, semiolog, teoretyk literatury, Mary Louise Pratt, David Damrosch, David Ferris, Haun Saussy, Charles Bernheimer, Andrzej Hejmej, Tadeusz Sławek i wielu, wielu innych.

[20] Zob. metafora farmy bez farmera M.L. Pratt, Komparatystyka literacka i globalne obywatelstwo, tłum. T. Kunz [w:] Niewspółmierność…, op. cit., s. 357–366.

[21] H. Saussy, „Wyborny trup” pozszywany ze świeżych koszmarów. O memach, pszczelich rojach i samolubnych genach, tłum. E. Rajewska, [w:] Niewspółmierność…, op. cit., s.126.

[22] Peter de Bolla pisząc O teorii porównania, świadomie wybiera formę eseju dyskursywnego, który ma za zadanie raczej sprowokować dyskusję, niż sformułować „mocną teorię”. „Ten niedługi esej – deklaruje na początku komparatysta – zamierza naszkicować jedną z możliwości porównawczego czytania. Nie ma on roszczeń do teorii komparatystyki literackiej, a tym bardziej do teorii czytania poprzez porównanie”. Zob. P. de Bolla, O teorii porównania, tłum. B. Shallcross [w:] Niewspółmierność…, op. cit., s. 39. Spoglądając w bibliografie dzieł wybitnych komparatystów bez trudu dostrzeżemy, że równie chętnie podejmują oni również próby literackie, by wymienić George’a Steinera czy Susan Bassnett.

[23] Zob. T. Sławek, Literatura porównawcza: między lekturą, polityką i społeczeństwem, op. cit., s. 390.

[24] M. Bieńczyk, In vino fabula [w:] idem, Książka twarzy, Warszawa 2012, s. 140.

[25] M.L. Pratt, Komparatystyka literacka i globalne obywatelstwo, op. cit., s. 357.

[26] M. de Montaigne, op. cit., s. 57.

[27] Zob. D. Ferris, Dyscyplina poza dyscypliną, tłum. J. Momro, T. Bilczewski, op. cit., s. 243–273.

[28] T. Sławek, op. cit., s. 391.

[29] Komparatystyka jako sposób lektury. Zob. S. Bassnett, Literatura porównawcza w XXI wieku, tłum. I. Noszczyk, „Teksty Drugie” 2009, nr 6, s. 111–118.