Przemysław Michalski

Kilka uwag o stanie teorii

Ponieważ mówi się, że obrazek wart jest tysiąc słów, zacznijmy od obrazka: sytuacja towarzyska, jeden mężczyzna najwyraźniej został właśnie przedstawiony drugiemu przez kobietę o imieniu Meg. Następnie padają słowa: „Terrorystyczną? Dzięki Bogu. Źle zrozumiałem Meg. Myślałem, że prowadzi pan działalność teoretyczną”. Ten dowcipny rysunek (anegdota?) wiele mówi o ogólnym stosunku do teorii, czyli o jednoznacznej niechęci, jeśli nie wrogości, z jaką do teorii odnoszą się niektórzy przedstawiciele innych dziedzin1. Ta niechęć nie ogranicza się do przedstawicieli nauk ścisłych, ale obejmuje również humanistów; wydaje się nawet, że jest wśród nich bardziej powszechna i wyraźna, gdyż ma bezpośredni wpływ na ich naukową i dydaktyczną praxis. Nawet dzisiaj, kiedy teoria już okrzepła, jednocześnie tracąc sporo dawnego impetu, nadal postrzega się ją czasem jako zagrożenie dla tradycyjnie rozumianej humanistyki. Z drugiej strony nie można nie dostrzegać tego, że minął już okres, kiedy na wielu wydziałach filologicznych widziano w teorii biblijną bestię, której pojawienie się zwiastuje nadejście czasów ostatecznych. Obecnie sytuacja jest mniej dynamiczna i trudno sobie wyobrazić, aby w najbliższym czasie powrócił ferwor i ekscytacja nowością, jakie opanowały świat humanistyki kilka dekad temu, kiedy dzieła czołowych teoretyków radykalnie zmieniły sposób, w jaki patrzymy na literaturę, tekst oraz relacje między dziełem literackim i językiem. To nagłe wtargnięcie rozważań teoretycznych miało zresztą tyluż zwolenników, ilu przeciwników – wielu uważało wręcz, że teorii należy dać zdecydowany odpór, co zaowocowało ogromną liczbą pozycji polemicznych, a zbiór rozważań teoretycznych i antyteoretycznych przybrał ogromne rozmiary. Dzisiaj wszystkim chyba udziela się poczucie lekkiego znużenia teorią, która straciła dawny impet biorący się głównie z obrazoburczej nieraz odwagi stawiania niewygodnych pytań. Nastąpiła nieunikniona petryfikacja wielu nurtów teoretycznych, które przybrały postać nowej ortodoksji, a hasła wczoraj wypisane na rewolucyjnych sztandarach trafiły na karty dzisiejszych podręczników.

Celem niniejszych rozważań jest zastanowienie się nad obecnym miejscem teorii w świecie humanistyki. Teoria jawi się jako niesłychanie zróżnicowana, w jej obrębie można wyróżnić ogromną liczbę prądów i szkół. Właśnie ta migotliwość świata teorii powoduje, że trudno o postawienie twardej diagnozy jej obecnej kondycji, gdyż każde uogólnienie wymagałoby licznych doprecyzowań i dopowiedzeń. Dlatego też niniejsze uwagi starają się uniknąć pokusy formułowania łatwych ocen, próbując raczej opisać stan teorii dzisiaj i omówić pokrótce główne źródła wrogości, z jaką jest ona wciąż często traktowana w bardziej konserwatywnych ośrodkach akademickich. Dla równowagi chciałbym również wspomnieć o korzyściach płynących z zajmowania się teorią i pokusić się o tentatywne rozważania nad możliwą przyszłością najbardziej kontrowersyjnego nurtu teorii, czyli dekonstrukcji.

 

Próby definicji

Choć teoria literatury stała się już nieodwołalnie częścią świata humanistyki, trudno byłoby znaleźć pojęcie równie rozmyte i niejednoznaczne. Zacznijmy więc od próby definicyjnego zakreślenia terenu, na którym będziemy się poruszać. Nawet jeśli nie podzielamy Heideggerowskiej wiary w magiczną moc etymologii, na pewno warto przyjrzeć się korzeniom samego terminu. Grecki czasownik theorein oznacza „patrzeć uważnie”2. Co wynika z takiej etymologii? Po pierwsze, konieczność zwrócenia uwagi na dany obiekt, skierowanie uważnego spojrzenia na to, co ma być zbadane. Przy czym spojrzenie to należy rozumieć raczej metaforycznie; chodzi nie tyle o przypatrywanie się czemuś, ile o próbę myślowego uchwycenia ducha problemu, o znalezienie esencji danego zjawiska.

Po drugie, rzecz polega na patrzeniu na coś, a więc wiąże się z intencjonalnym skierowaniem uwagi na jakiś obiekt, a nie z bezpostaciową medytacją. Na rodzące się z kolei pytanie o charakter tego obiektu, możemy udzielić dość prostej odpowiedzi. Chodzi oczywiście o tekst, przy czym jest on najczęściej rozumiany nie w sposób dosłowny, ale jako pewna dynamiczna przestrzeń, w której pojawiają się różne napięcia, związki, opozycje, aporie, i tak dalej.

Po trzecie, nasze spojrzenie ma być spojrzeniem uważnym. Mimo wielości szkół i prądów wszystkie właściwie nurty teorii podkreślają ogromną wagę uważnej lektury. Czasem robią to explicite poprzez sformułowanie imperatywu skrupulatnej lektury, czasem zakładają ją implicite jako oczywisty warunek dalszych rozważań. Teoria wymaga lektury uważnej, skupionej i – co ważne – wielokrotnej. Wymaga od nas wręcz, abyśmy teksty powolnie przeżuwali i – na ile to możliwe – przeżywali. Chodzi oczywiście o uważne czytanie tekstów literackich (choć niektóre nurty teoretyczne próbują znieść ostrą dychotomię między literaturą i nieliteraturą), ale nie tylko. Każdy, kto miał okazję zmagać się z teorią, dobrze wie, że w jeszcze większym stopniu skupionej i wielokrotnej lektury wymagają same teksty teoretyczne. Jak to ujmuje najsłynniejszy chyba przedstawiciel teorii naszych czasów, zmarły w 2004 roku francuski filozof Jacques Derrida: „Jeśli chcecie mnie krytykować, czytajcie teksty, które ja czytam, i czytajcie teksty, które piszę”3. Zajmowanie się teorią wymaga zdwojonego wysiłku: po pierwsze, trzeba uważnie czytać teksty źródłowe, po drugie – jeszcze uważniej czytać teksty teoretyczne, które do tamtych się odnoszą. Zresztą to ciekawy paradoks – przedstawiciel dekonstrukcji, która jest często odsądzana od czci i wiary za lekkomyślne sankcjonowanie odczytań arbitralnych czy wręcz zupełnie nonsensownych, sam jest niezwykle uważnym czytelnikiem i rzecznikiem bardzo starannej lektury. Powrócimy do tego problemu w toku dalszych rozważań.

Charakterystyczne jest również to, że obecnie często mówimy o teorii, a nie o teorii literatury. Można by pomyśleć, że to jedynie pragmatyczna elipsa, ale kwestia ta jest bardziej skomplikowana. Choć początków teorii należy oczywiście szukać w analizie tekstów literackich, teoria dzisiaj to dziedzina badań o bardzo wysokim stopniu interdyscyplinarności, wykorzystująca osiągnięcia filozofii, estetyki, antropologii, politologii, historii, socjologii, psychoanalizy i wielu innych dziedzin4. Przesądza to o nieco rozmytym charakterze badań teoretycznych; coraz częściej zdarza się, że teoretyczne dywagacje są jedynie w niewielkim stopniu zakorzenione w konkretnych tekstach literackich.

Oprócz pewnej mgławicowości zakresu materiału, jakim zajmuje się teoria, jeszcze jedna cecha decyduje o jej wyjątkowości i odrębności. Cechą tą jest duża samoświadomość teorii. Bywa ona oczywiście w różnym stopniu rozwinięta w różnych szkołach (najsilniej chyba w dekonstrukcji), ale wydaje się, że w takiej bądź innej formie towarzyszy wszystkim teoretycznym projektom. Dla kwestii samej definicji ma to o tyle istotne znaczenie, o ile wszelkie próby definicyjnego domknięcia tego wciąż dynamicznego zjawiska nie są bynajmniej neutralnymi prolegomenami do dalszych rozważań, gdyż z natury rzeczy zawierają implicytne deklaracje filozoficzne (czy nawet ideologiczne) tego, kto takie próby podejmuje. Nie jest bez znaczenia, które miejsce na ogromnej mapie wszelkich teorii wybierzemy, aby przyłożyć do niego wektor definicji. Co uznamy za teorię, gdzie zakreślimy jej granice i miejsca początkowe, w którym punkcie mapy napiszemy ubi leones, jakie zadania jej wyznaczymy, określa już w pewnym stopniu stosunek badacza do niej i jego metodologiczno-ideologiczne zaplecze.

Lektura pierwszej strony podręcznika Teorii literatury XX wieku autorstwa Anny Burzyńskiej i Michała Pawła Markowskiego dobrze ukazuje trudności, jakie napotykamy przy próbach określenia zadań teorii. Autorzy cytują kilkanaście skrótowych definicji teorii podanych przez jej czołowych przedstawicieli. Właściwie każda z nich kładzie nacisk na inny aspekt teoretycznych rozważań, a niektóre wręcz sobie przeczą; zwłaszcza kwestia wzajemnych relacji między teorią i interpretacją jest ujmowana w bardzo różny sposób. I tak na przykład dla Waltera Caina teoria jest „pracą intelektualną ściśle powiązaną z praktyką”, dla Davida Atkinsa „aktywnością, która postępuje w ślad za praktyką”, dla Stanleya Fisha okazuje się „modelem, który pragnie rządzić praktyką”, a dla Jonathana Cullera „szerokim polem intertekstualnym”. Foucault z kolei przewrotnie podpowiada, że teoria jest... „praktyką”. Inni widzą teorię jako dyscyplinę o bardziej abstrakcyjnym i autotelicznym charakterze. Tak więc Roger Poole uważa, że teoria to „rozległa krytyczna debata o statusie teorii”, Richard Rorty twierdzi, że jest to miejsce, w którym „porozumiewają się ze sobą literatura i filozofia”, podczas gdy Paul de Man w dekonstrukcyjnym duchu głosi, że teoria to tak naprawdę „uniwersalna teoria niemożliwości teorii” 5. Jak widzimy, trudno o zgodę nawet w najbardziej podstawowych kwestiach6.

Na potrzeby niniejszego tekstu zdefiniujmy teorię jako krytyczno-filozoficzną refleksję o wysokim stopniu abstrakcji i złożoności, podjętą nad szeroko rozumianą literaturą oraz jej związkami z językiem, która czerpie obficie z metodologii, analiz i wyników innych dyscyplin. Nie jest to oczywiście definicja wyczerpująca, lecz trudności związane z definicyjnym uchwyceniem tak proteuszowego fenomenu mogłyby być tematem na osobny esej.

 

Kilka słów o trudnościach studiowania teorii

Przyszłość teorii na pewno w dużym stopniu zależy od stopnia, ilości i rodzaju trudności, jakie napotykamy w trakcie lektury. Warto więc parę słów o tych trudnościach powiedzieć.

Pierwszą z nich jest sama rozległość krainy teorii. Cały czas powstają nowe prace o charakterze metateoretycznym, które nie odnoszą się do konkretnych prac literackich, a są jedynie polemikami z innymi stanowiskami teoretycznymi. Oprócz szeregu prac podstawowych i fundacyjnych, każdy znaczący nurt doczekał się już całej masy opracowań, dopowiedzeń, glos, polemik i apologii. W rezultacie nie tylko niemożliwe jest przeczytanie wielu ważnych prac teoretycznych, lecz także bycie „na bieżąco” w ramach jednego nurtu pozostaje nie lada wyzwaniem. Dodatkową trudnością jest to, że często nurt ten jawi się jako kapryśnie meandryczny i nie bardzo wiadomo, gdzie leżą jego granice. Czasami staje się też irytująco mętny, co nie ułatwia orientacji w terenie. Nie jest to oczywiście jedynie przypadłość teorii – przed podobnymi dylematami stoją również naukowcy innych dziedzin nauki (zarówno humanistycznych, jak i ścisłych), a powszechnie dostępna dzięki Internetowi bibliografia przedmiotu boleśnie nam uświadamia, jak szybkie jest tempo ekspansji wszechświata teorii. Niemniej jednak taka atomizacja i niemożliwość uzyskania całościowego obrazu teorii na pewno może do niej mocno zniechęcić, zwłaszcza że nie istnieje żaden uprzywilejowany punkt, jakiś epistemologiczny wierzchołek, z którego moglibyśmy zmierzyć wzrokiem tę rozległą krainę, która ciągle anektuje nowe lądy i rozrasta się we wszystkie strony.

Ktoś mógłby oczywiście powiedzieć, że przy dzisiejszym postępie wiedzy i niesamowitej szybkości, z jaką rośnie świat literatury i teorii, koncentracja na jednej szkole jest czymś naturalnym i nieuchronnym. W końcu fizycy kwantowi również nie tracą czasu na badanie innych obszarów fizyki, a specjaliści od Bizancjum nie czytają prac o wiktoriańskiej Anglii. Jest to z pewnością prawda, ale wydaje się, że o ile ograniczenie się do pewnego obszaru fizyki to obiektywny wymóg, o tyle zamknięcie się w obrębie jednego nurtu teoretycznego może stanowić niebezpieczne zawężenie horyzontów, co prowadzi do nieuchronnego wypaczenia perspektywy. Nawet jeśli zgodzimy się, że nie ma odczytań doskonale obiektywnych, z łatwością dostrzegamy niefortunny wpływ apriorycznych uprzedzeń, które są rezultatem identyfikacji z pewną ideologią hermeneutyczną7.

Druga trudność, która może rzutować na przyszłość teorii, to kwestia jej języka. Chociaż w pewnym stopniu przywykliśmy już do tego, że wywody teoretyczne bywają notorycznie skomplikowane, to właśnie trudności natury czysto językowej nieraz decydują o wrogości, z jaką spotyka się teoria. Oczywiście: wiele zależy od tego, w jakim miejscu chcielibyśmy w kraj teorii wkroczyć, jednak najczęściej pierwszą reakcją czytelnika literatury na żargon używany przez teoretyków jest zdumienie (bo nie przypomina on niczego, z czym mieli dotychczas do czynienia), zniechęcenie (bo nawet po kilkukrotnej lekturze jakiegoś fragmentu nie można go zrozumieć) lub irytacja (czy naprawdę tak wielki stopień komplikacji jest konieczny?).

Trzeba tu jednak poczynić istotne rozróżnienia. T.S. Eliot stwierdził w roku 1921, że poezja współczesna musi być trudna i skomplikowana, gdyż taki właśnie jest współczesny świat, dlatego poezja, która chce w jakiś sposób owo skomplikowanie oddać w języku, sama – poniekąd na zasadzie mimesis – musi sięgać po środki wyrazu, które pomogą twórcy uchwycić tę złożoność świata8. Do pewnego stopnia podobnie jest z teorią; ponieważ sytuuje się ona na przecięciu szeregu dyskursów, próbuje sobie przyswoić różne języki i czerpie z różnych dziedzin, język teorii staje się lingwistycznym amalgamatem łączącym wiele różnych stylów. Ponieważ znaczna część teoretycznych rozważań to wyspecjalizowane debaty o wysokim stopniu abstrakcji, trudno spodziewać się, aby tak mocno oddalone od świata codziennego doświadczenia kwestie dało się prosto wyłożyć. Doprowadziło to do powstania swoistego żargonu, do którego jednak można się przyzwyczaić. Zagłębianie się w język teorii przypomina trochę naukę obcego języka – jeśli tylko narzucimy sobie pewną dyscyplinę, po pewnym czasie dochodzimy do stadium płynnego posługiwania się nim.

Bywają jednak sytuacje, kiedy nie bez uzasadnienia podejrzewamy, że niektórzy badacze niepotrzebnie piętrzą przed czytelnikiem problemy natury językowej i mówią zawile to, co można by wyrazić o wiele prościej. Zapewne nie bez znaczenia jest tu chęć udowodnienia sobie i światu, że autor równie dobrze opanował żargon, jaki obowiązuje w krainie teorii, w związku z czym należy mu się prawo pełnego obywatelstwa i poważne traktowanie9. Powstaje jednak pytanie, czy wielokrotne używanie takich słów, jak „deszyfracja”, „dyfrakcja”, „dyseminacja” czy „dyspersja” (by pozostać przy literze „d”) rzeczywiście sprawia, że wywód staje się głębszy, czy też jest to wynik presji środowiska, które podobnego języka oczekuje od teoretycznego dyskursu? Czy naprawdę „internalny” ukazuje przed nami większe bogactwo znaczeń i głębiej wnika głębiej w rzeczywistość omawianego problemu niż rodzime „wewnętrzny”? Pojawia się niskie podejrzenie, że często takie werbalne błyskotki mają odwrócić uwagę czytelnika od banalności wniosków i miałkości spostrzeżeń. Nie można oczywiście jednoznacznie powiedzieć, gdzie przebiega granica między usprawiedliwionym użyciem trudnego stylu a pretensjonalnym szpikowaniem wywodu obcymi zwrotami lub celowym zapętleniem składni. Każdy czytelnik musi sam zadecydować, czy warto sobie zadać trud przebijania się przez trudne dywagacje i skomplikowane analizy. Nie zawsze niestety towarzyszy nam nadzieja Dantego, że kiedy już wynurzymy się po drugiej stronie, ukażą się nam gwiazdy.

Na jeszcze inny przypadek natrafiamy wówczas, gdy autor ma niewiele do powiedzenia, ale chciałby być uważany za tytana intelektu, który jest otoczony szacunkiem oraz aurą tajemniczości (bo skoro nikt nie potrafi jego tekstów myślą przeniknąć, dowodzi to niezbicie ich otchłanności) i celowo tak konstruuje wywód, aby za zasłoną dymną nieprzejrzystych pojęć ukryć niedostatek oryginalności, bełkotliwość myśli czy wręcz brak jakiejkolwiek treści. Zbyt długie zdania, tabuny neologizmów, zaskakujące i zupełnie nieuzasadnione wprowadzanie pojęć przejętych z nauk ścisłych, niefrasobliwe pominięcie kolejnych kroków prowadzących do określonych wniosków, arbitralna zmiana znaczeń przyjętych terminów (transsemantyzacja?) i wiele innych zagadkowych posunięć tekstualnych ma stworzyć wokół konstruktorów takich zdań atmosferę intelektu tak błyskotliwego i natchnionego, że nikt nie jest w stanie nadążyć za ich tokiem myślenia. W takiej sytuacji przed czytelnikiem rysują się dwa wyjścia: może albo wycedzić szyderstwo i sięgnąć po inną lekturę, albo uznać swoją intelektualną niższość i brnąć dalej, wierząc, że w końcu nastąpi epifania ostatecznego zrozumienia, która wynagrodzi poprzednie trudy. Przykładem filozofa, który w taki właśnie sposób zbudował sobie pozycję w świecie teorii (i rzeczywiście był otoczony przez wianuszek akolitów, którzy uważali go za najczystsze wcielenie geniuszu) był francuski psychoanalityk Jacques Lacan10. Aby przekonać się, że język używany przez Lacana to pretensjonalny bełkot, wystarczy otworzyć jego dzieła na niemal dowolnej stronie. Przykładem aroganckich prób przydania naukowości swoim tezom było wprowadzenie przez Lacana do własnych teorii wielu pojęć matematycznych w sposób zupełnie przypadkowy i arbitralny. Jak wszyscy wiemy, humaniści na widok równań zazwyczaj wpadają w popłoch i/lub padają na kolana11.

Czasem trudno oprzeć się wrażeniu, że niektórzy teoretycy i myśliciele postmodernistyczni wypisują po prostu bzdury, które są potem w pocie czoła analizowane przez zastępy nieszczęsnych neofitów teorii w nadziei na znalezienie głęboko ukrytych ziaren mądrości. Co właściwie ma na myśli Baudrillard, twierdząc, że przestrzeń wojny w Iraku stała się przestrzenią nieeuklidesową?12. Co chce powiedzieć, gdy wieszczy w apokaliptycznym duchu, iż „Nie dotrzemy do punktu przeznaczenia, nawet jeśli jest nim Sąd Ostateczny, gdyż jesteśmy od niego oddzieleni przez hiperprzestrzeń o zmiennej refrakcji”13? Jak należy zareagować na twierdzenie znanej feministki Luce Irigaray, że fizycy mają problemy z obliczeniem ruchu cieczy, gdyż ciecze kojarzą im się z kobiecością, więc z powodów czysto szowinistycznych prace nad obliczeniami są mało zaawansowane w przeciwieństwie do fizyki ciała stałego, które synonimuje erekcję i męskość? Naiwne tłumaczenie, że różniczkowe równania Naviera-Stokesa, które opisują ruch cieczy, wymagają skomplikowanych obliczeń i są trudne do rozwiązania, nie jest żadnym usprawiedliwieniem, gdyż nawet równania mogą być szowinistyczne. Badaczka zadaje dramatyczne pytanie dotyczące słynnego wzoru Einsteina i sama na nie odpowiada:

„Czy to seksistowskie równanie? Zapewne tak. Przyjmijmy hipotezę, że tak jest istotnie, w takiej mierze, w jakiej przyznaje uprzywilejowany status prędkości światła, kosztem innych prędkości, które są nam konieczne do życia. Moim zdaniem, na seksistowski charakter tego równania wskazuje nie tyle jego znaczenie dla budowy broni jądrowej, ale raczej uprzywilejowanie tego, co najszybsze” 14.

Kolejnym problemem jest pewna atmosfera podejrzliwości (to mało precyzyjne pojęcie, ale chyba najbardziej adekwatne) panująca w kilku nurtach teoretycznych (na przykład marksizm, feminizm, dekonstrukcja), choć sytuacja w tej materii jest bardzo zróżnicowana. Niektóre teksty teoretyczne pisane są przeciw czemuś lub komuś i mają obnażyć nie tylko ukryte założenia danego tekstu, lecz także niejawny system represji, jaki literatura wywiera na jednostkę lub grupę społeczną. Wiele już napisano o hermeneutyce podejrzliwości, która przenika mentalność naszych czasów, a do znanej trójcy Nietzsche, Marks, Freud można by dodać wielu myślicieli postmodernistycznych. Z takiego punktu widzenia pisanie nie jest wyrazem bezinteresownego zachwytu nad światem lub literaturą, ale okazuje się beznadziejnie uwikłane w różnorakie gry dominacji. Można czasem nabrać przekonania, że według niektórych szkół teoretycznych jakakolwiek próba rzetelnego i, na ile to możliwe, obiektywnego odczytania (deszyfracji) tekstu, podparta sumiennymi badaniami filologicznymi jest symptomem interpretacyjnej represji, gdyż decydując się na jedno odczytanie, tym samym „represjonuje” się pozostałe możliwości, unicestwiając ich potencjalne pojawienie się w akcie interpretacji. Czytelnik miałby więc nieustannie dokonywać czegoś, co jest absolutną niemożliwością – czytać, nie interpretując, aby przypadkiem nie zdławić jakiegoś odczytania lub nie ominąć którejś z nieskończonych rzekomo możliwości rozumienia tekstu. Jednak nie da się przejść od punktu A do B, nie wybierając żadnej drogi, nie da się płynąć nie mącąc tafli wody, nie da się czytać, nie interpretując15.

Największe chyba niebezpieczeństwo zajmowania (i przejmowania) się teorią powstaje wtedy, gdy określona szkoła teorii zamienia się w ideologię i zamiast być jednym z wielu kluczy, przy pomocy których staramy się otworzyć tekst, staje się wytrychem, którym próbujemy wszystkie teksty odemknąć. Prowadzi to do swego rodzaju hermeneutycznego totalitaryzmu. Mógłby ktoś powiedzieć, że nie ma o co kruszyć kopii, gdyż takie uparte i ślepe opisywanie przedmiotu badań z jednego punktu widzenia daje rezultaty najwyżej groteskowe i komiczne. To prawda, wiemy jednak, że szlachetna sztuka lektury tekstu jest ściśle związana z odczytywaniem rzeczywistości. W tym sensie słynne twierdzenie Derridy, że nie ma nic poza tekstem, okazuje się prawdą – jesteśmy uwikłani w nieustanny wysiłek hermeneutyczny, gdyż ciągle próbujemy rozwikłać zapętlenia rzeczywistości, podobnie jak próbujemy uchwycić znaczenie tekstu w akcie interpretacji. Pisał o tym już Martin Heidegger – nie ma aktu niewinnej percepcji, gdyż percepcja i interpretacja nie następują jedna po drugiej, lecz dane są w bezpośredniej jednoczesności zdarzenia.

Taki epistemologiczny monizm (lub monokauzalizm) odziera literaturę z jej największego skarbu, jakim jest możliwość reprezentacji upajającej różnorodności świata poprzez język. Gdy uznamy, że freudyzm to klucz otwierający przed nami prawdziwą, lecz niejawną, treść wszelkich tekstów, skazani jesteśmy na prymitywne tropienie motywów fallicznych albo (w wersji bardziej wyrafinowanej, na przykład Brooksa) będziemy na siłę starali się wprowadzić metodę psychoanalityczną do interpretacji wszelkich tekstów. Wtedy dany nurt teoretyczny zaczyna przypominać partię polityczną: obowiązuje dyscyplina interpretacji, inne punkty widzenia są uznane za wrogie, dominuje atmosfera podejrzliwości i konieczność samodyscypliny, a powodowana ideologią interpretacja ma być jak pięść – zwarta i gotowa do uderzenia. Oczywiście: różne szkoły w różnym stopniu ulegają takiej degeneracji w sekciarstwo; możemy sobie z łatwością wyobrazić marksistowską szkołę interpretacji, w której obowiązuje ścisła dyscyplina hermeneutyczna (zresztą nie trzeba jej sobie wyobrażać, wystarczy ją sobie przypomnieć), o wiele mniej prawdopodobny jest pruski dryl w szeregach miłośników dekonstrukcji, która nieustannie kwestionuje własne założenia i wnioski (co ma oczywiście inne wady i zalety). Podobnie rzecz wygląda ze zgłoszeniem akcesu do jakiejś szkoły filozoficznej – możemy uznać jej stanowisko, narzędzia i konkluzje za jedyną prawdę wyłącznie wtedy, jeśli jednocześnie przymkniemy oczy na aksjomaty, na jakich się opiera i na aporie, w jakie jest niechybnie uwikłana. Nie istnieje uniwersalne cogito, które patrzyłoby na świat lub tekst jasnym okiem, niezmąconym przez kontekst danego momentu historycznego.

Ostatnią problematyczną (przynajmniej dla autora niniejszych rozważań) kwestią jest to, że niektóre szkoły teoretyczne obywają się bez tradycyjnie rozumianych tekstów literackich. Zdarza się czasem, że wychodzą one od jakiegoś tekstu, ale następnie zostawiają go za sobą i „odlatują” w sferę czystej spekulacji. Państwo teorii przestaje być lennem królestwa literatury, lecz wybija się na niepodległość i próbuje nawet toczyć z dawnym suwerenem wojny podjazdowe. Na szczęście wielu badaczy, krytyków i komentatorów nie zrzekło się jeszcze podwójnego obywatelstwa. Niebezpieczeństwo jest realne: to właśnie dlatego większość pisarzy i poetów macha ręką na teorię jako projekt zupełnie wydumany, nazbyt abstrakcyjny i przeszkadzający w pisarskiej praxis. Z kolei teoretycy, przeciąwszy pępowinę łączącą ich niegdyś z literaturą, zaczynają patrzeć z pogardą na mało wyrafinowany świat tradycyjnej literatury. Teoria staje się wtedy bytem niezależnym, pogrążonym we własnych konfliktach, zawierającym własne pakty i sojusze. Przedstawiciele niektórych prądów teoretycznych nie tylko próbują zbudować pogrążony w narcystycznej autoanalizie gmach teorii jako alternatywę dla literatury, lecz także starają się przekonać czytelnika, że sama literatura jest również pogrążona w intertekstualnej autoreferencyjności, z której nie może się wyrwać, dlatego że nie ma przejścia między znakiem i światem, nie istnieje pomost spajający dyskurs z rzeczywistością.

Po tej solidnej dawce obiekcji i krytyki, warto chyba dla równowagi powiedzieć kilka słów o pozytywnych stronach teorii. Można wyjść ze zdroworozsądkowego i praktycznego założenia, że obcowanie z teorią ma nam przynieść jakiejś wymierne korzyści (oprócz ewentualnej oceny w indeksie lub kilku ministerialnych punktów), które następnie przekładają się na indywidualną praktykę czytelniczą. Postawmy proste pytanie: czy kontakt z teorią wzbogaca lekturę? Wydaje mi się, że można udzielić odpowiedzi twierdzącej, jednak – co nieco paradoksalne – teoria wzbogaca lekturę poprzez skomplikowanie jej.

Dzieje się tak dlatego, że kontakt z teorią ma podobne konsekwencje, jak kontakt z filozofią – nie tyle pomaga nam uzyskać odpowiedzi na pytania, jakie zadajemy, podejmując refleksję nad lekturą lub rzeczywistością, ile zmusza nas do zrobienia kroku w tył i uważnego przyjrzenia się samym pytaniom – wszak jednym z efektów uczciwej refleksji filozoficznej jest odarcie rzeczywistości z kokonu banalnej oczywistości. W fazie lektury „preteoretycznej”, czyli niewinnej, jeden z najczęściej stawianych problemów to pytanie o znaczenie tekstu, wiersza, zdania, fragmentu itp. Można je również postawić w często (słusznie) wyśmiewanej postaci, czyli: „Co poeta miał na myśli?”. Teraz jednak przyglądamy się uważnie samemu pytaniu i widzimy, że problematyczne staje się znaczenie samego terminu „znaczenie”. Czym właściwie jest znaczenie tekstu? Gdzie i jak możemy je znaleźć? Jakimi narzędziami należy go szukać? Czy jest ono czymś stałym, czego istnienie i formę można obiektywnie określić? Czy można powiedzieć, że tekst to niepodważalny locus znaczenia i że niezależnie od materialnej formy utrwalenia go w postaci graficznej, znaczenie tekstu nie ulega żadnej zmianie? A może jest ono zdarzeniem wywołanym przez tekst, nie daje się jednak do niego zredukować, ponieważ pojawia się pomiędzy tekstem i czytelnikiem w akcie lektury? Jak wiemy teoria proponuje wiele różnych odpowiedzi na te pytania. Nie przynoszą one oczywiście ostatecznych rozstrzygnięć, ale uczulają nas na wagę samego pytania oraz uświadamiają nam trudności, aporie i paradoksy, w jakie wikła się nieodwołalnie poważna lektura. T.S. Eliot twierdzi, że znaczenie tekstu jest tym, co znaczy on dla każdego wrażliwego czytelnika16 – to jednak tylko przeniesienie pytania o jeden poziom wyżej, gdyż każdy chyba uważa się za takiego czytelnika, a (na szczęście) nie istnieje żadna instytucja, która by decydowała o przynależności do szacownego grona wrażliwych czytelników. Skoro o czytelniku mowa – pytania stawiane przez teorię nie ograniczają się jedynie do kwestii ontologicznego statusu tekstu, lecz problematyzują zagadnienie epistemologicznego potencjału czytelnika poprzez zakwestionowanie jego rzekomej autonomii. Zwłaszcza przywołana wcześniej hermeneutyka podejrzeń każe czytelnikowi skierować skrupulatne i bezlitośnie obnażające spojrzenie na siebie i podjąć heroiczny wysiłek dokopania się do całych złóż nieuświadomionych uwikłań różnego rodzaju (ekonomicznych, historycznych, psychicznych, kulturowych itp.), które determinują akt lektury i interpretacji.

Uświadamiamy sobie, jak skomplikowanym i dynamicznym tworem jest nawet pozornie prosty tekst, jak niezwykle złożony okazuje się sam budulec literatury, jak bardzo problematyczne są najbardziej zdroworozsądkowe założenia. Ta świadomość wzbogaca czytanie, lecz jednocześnie skazuje nas na wygnanie z raju niewinnej lektury. Pozostaje oczywiście sprawą indywidualnego osądu, czy uświadomienie sobie takiej problematyczności literatury uważa się za pozytyw, ale czyż – by posłużyć się schematem Williama Blake’a – przejście od stanu niewinności do doświadczenia nie jest czymś naturalnym?

 

Zamiast konkluzji. Refleksje o możliwej przyszłości dekonstrukcji

Wydaje się, że mimo całej swojej subwersywności teoria przeszła drogę wszystkich prądów literackich, straciła dawną dynamikę i teraz pcha ją głównie siła inercji. Terminologicznym dowodem tej inercji jest niesamowita wprost proliferacja przedrostka „post-”17. Nie ma już chyba prądu teoretycznego, który nie doczekałby się swojego następcy, przy czym często nie jest do końca jasne, na czym polega różnica między właściwym nurtem a jego sukcesorem. Prefiks ten powinien przecież z jednej strony wskazywać na ciągłość, ale jednocześnie na jakąś, nie tylko chronologiczną, różnicę. Powinien odróżniać się czymś, jednocześnie pozostając w ramach tego samego nurtu. Nie może być jedynie radykalnym zanegowaniem założeń i osiągnięć swojego antenata, lecz nie może również być jego wierną kopią przesuniętą w czasie. Czy przedrostek „post-” ma wskazywać na przezwyciężenie problemów, rozwiązanie aporii, które dręczyły poprzednika? Sugeruje on przecież jakiś wstrząs czy chociaż cezurę, jakiś teoretyczny rubikon, po przekroczeniu którego uprawianie, dajmy na to, strukturalizmu jest już anachronizmem i poważny naukowiec może zająć się jedynie poststrukturalizmem.

Pojawia się zatem pokusa, aby na koniec tego eseju zadać pytanie o to, co może nam przynieść postteoria, jednak zamiast oddawać się czczym spekulacjom na temat przyszłości teorii w ogóle (a przecież jedyną nauką, jaka płynie ze studiowania dziejów futurologii jest to, że i tak zawsze będzie inaczej, niż nam się dzisiaj wydaje), posłużmy się techniką nader często używaną przez dekonstrukcję i skupmy uwagę na jednym fragmencie krainy teorii, to znaczy. na dekonstrukcji właśnie, gdyż to ona wciąż rodzi spory i polemiki o największym ładunku emocji18. Z jednej strony dla wielu miłośników literatury i jej komentatorów to właśnie dekonstrukcja jest najbardziej namacalnym dowodem szkodliwości teoretycznych rozważań. Ciągle można spotkać się z opinią, że Derrida to prawdziwy antychryst literatury, a dekonstrukcja doprowadzi do ostatecznej katastrofy tradycyjnie pojętej humanistyki19. Sam Czesław Miłosz określił francuskiego filozofa jako siewcę zarazków20 i bez problemu moglibyśmy znaleźć cały szereg głosów równie mocno potępiających jego działalność filozoficzno-literacką.

Z drugiej strony wydaje się, że minął już okres, kiedy powszechnie uważano dekonstrukcję za enfant terrible humanistyki. Podobnie jak inne nurty wrosła ona w krajobraz współczesnej refleksji krytycznej i zajęła miejsce wśród innych prądów i szkół, choć w swoich założeniach nadal pozostaje najbardziej radykalnym projektem teoretycznym. Na pewno przyszłość losów teorii i przyszłość losów dekonstrukcji pozostaną ze sobą ściśle związane.

Ta ciągle utrzymująca się wrogość wobec dekonstrukcji wynika z tego, że w popularnym odbiorze dekonstrukcja jest przyzwoleniem na wczytywanie w tekst arbitralnie wybranych treści21.Skoro nie można ostatecznie określić znaczenia tekstu, a jednocześnie pisanie jako niekończący się strumień semiotyczny pozostaje notorycznie niezamknięte, nie można ani przyznać palmy pierwszeństwa żadnej interpretacji , ani nie można żadnej definitywnie odrzucić. Nie jest to zarzut błahy i nie jest zupełnie bezpodstawny, kiedy jednak wczytamy się uważniej w teksty samego Derridy lub de Mana (trzeba przyznać, że ta lektura nie należy do łatwych), musimy zauważyć, że tak naprawdę dekonstrukcja wcale nie sankcjonuje zupełnie dowolnego odczytania tekstu. Przeciwnie: niewielu było czytelników bardziej uważnych i skrupulatnych (czy wręcz zbyt skrupulatnych) niż sam Jacques Derrida. Nie ma wcale logicznego przejścia od przeświadczenia o niemożności ostatecznego zamknięcia znaczenia w tekście, o konieczności ciągłego podejmowania nowych odczytań, o ruchomości i niestabilności epistemologicznego centrum, które nasze odczytania determinują, do twierdzenia, że można z tekstu wyczytać, co tylko dusza zapragnie. Mimo swej mgławicowości i trudności, dekonstrukcja jest narzędziem zarówno subtelnym, jak i niebezpiecznym, co może prowadzić do sytuacji, w których – w rękach mniej skrupulatnych komentatorów – staje się ona tępym narzędziem, którym można wywijać, powtarzając najbardziej wyświechtane slogany relatywizmu. To również narzędzie niepokojące, dlatego że dekonstrukcja nie jest jedynie zakwestionowaniem tego czy innego sposobu czytania, lecz kwestionuje możliwość ostatecznego przeczytania tekstu. Według jej zwolenników jedną z najważniejszych cech interpretacji jest to, co język angielski określa jako undecidability, czyli niemożność wyboru ostatecznego znaczenia tekstu. Trzeba przyznać, że z jednej strony takie rozumienie procesów interpretacyjnych może stwarzać możliwość odczytań arbitralnych i absurdalnych, z drugiej zaś może uczyć zdrowego sceptycyzmu wobec odczytań zbyt pewnych siebie i niebezpiecznie konkluzywnych.

Na zarzuty o celową nieprzejrzystość języka obrońcy dekonstrukcji odpowiadają, że dekonstrukcja nie jest zespołem spójnych poglądów na literaturę (choć częściej używane są takie terminy jak „tekst” lub „dyskurs”), lecz jawi się raczej jako pewna technika pisania i czytania; wywód dekonstrukcyjny nie może być jasny, spójny i konsekwentny, gdyż wtedy sprzeniewierzyłby się płynnym i ruchomym założeniom teoretycznym, na których sama wspiera się dekonstrukcja i które nieustannie kwestionuje. Jak mało który nurt teorii, dekonstrukcja jest świadoma swoich założeń i sumiennie podpiłowuje gałąź, na której siedzi22.

Często powtarzanym zarzutem pod adresem Derridy bywa twierdzenie, że jego słynny aforyzm il n’y pas dehors de texte to kpina ze zdrowego rozsądku i prowadzi do tyranii pantekstualizmu. Ten cytat jest jednak najczęściej zbyt prymitywnie interpretowany. Oczywiście Derrida nie twierdzi bynajmniej, że na świecie istnieją jedynie teksty, co byłoby jawnym absurdem. Derrida po prostu podkreśla to, iż nasze próby zrozumienia rzeczywistości przypominają próby zrozumienia tekstu oraz, że nasze doświadczenie świata ma charakter tekstowy. Nie powinno nas zatem dziwić to, że dekonstrukcja ze swoją wyrafinowaną frywolnością zadomowiła się najbardziej na wydziałach literatury. Można przecież traktować literaturę jako pole nieskrępowanej zabawy językiem, całkowicie swobodnej écriture, która doskonale zdaje sobie sprawę z iluzyjności swojej referencji do świata, lecz mimo to – czy też: właśnie z tego powodu – narcystycznie celebruje własną autonomię, oddając się radosnym dionizjom w więzieniu języka23.

Sama dekonstrukcja uwikłana jest w paradoksy i aporie, które tak ochoczo znajduje w literaturze, z czego zresztą doskonale zdaje sobie sprawę. Największym chyba paradoksem związanym z dekonstrukcją jest to, że to właśnie jej radykalizm przesądza/przesądzi o jej peryferyjności. Tak jednoznaczne podważenie fundamentów, na których wspiera się gmach humanistyki, sprawia, że nie można bez reszty przejąć się dekonstrukcją i, koniec końców, to radykalne w zamiarach przewartościowanie wszelkich (epistemologicznych) wartości staje się po prostu niezwykle wyrafinowaną grą intelektualną, której wpływ na praktykę czytelniczą (czyli na egzegezę i hermeneutykę w takiej postaci, w jakiej są one uprawiane na wydziałach filologicznych) jest minimalny. Można sobie łatwo wyobrazić zajęcia uniwersyteckie, gdzie po rzetelnym wykonaniu filologicznej i egzegetycznej pracy wykładowca i studenci oddają się przez kwadrans dekonstrukcji jakiegoś tekstu w ramach ćwiczeń szarych komórek i wysubtelnienia swoich hermeneutycznych przyrządów; o wiele trudniej wyobrazić sobie konsekwentne stosowanie dekonstrukcji do badań literackich.

Oprócz radykalizmu dekonstrukcji należałoby jeszcze wymienić naturalną inercję akademickiej maszynerii, która woli odczytania sprawdzone i bardziej ortodoksyjne sposoby interpretacji (choć wiele zależy od danego intelektualnego klimatu panującego w danym ośrodku akademickim). Nie bez znaczenia jest tu również problem językowych trudności samych tekstów pisanych przez dekonstrukcjonistów. To projekt przeznaczony jedynie dla tych, którzy potrafią poruszać się na wysokim poziomie abstrakcji.

Istnieją również opory innej natury. Z przyczyn psychologicznych i antropologicznych nie da się żyć w kulturze, która nie byłaby zorganizowana wokół jakiegoś centrum. Nawet uznanie faktu historycznej kontyngencji tego centrum nie przekreśla postulatu jego nieustannej, lecz niejawnej obecności jako zwornika wszelkich dyskursów danej kultury. Cywilizacja nie jest w stanie funkcjonować bez żadnego punktu środkowego, nawet jeśli Nietzsche w swoim protodekonstrukcjonistycznym dziele otworzył nam oczy na to, że okazuje się ono jedynie ruchomą armią metafor. Zresztą sama dekonstrukcja buduje centra w procesie interpretacji, choć są one ruchome i prowizoryczne niczym namioty nomadów. Jej odpowiedź na tyranię logocentryzmu nie polega na próbie obalenia go i wprowadzenia na jego miejsce innego porządku, lecz na próbie zastąpienia go nieskrepowaną proliferacją tymczasowych punktów węzłowych, które poddawane są nieustannej rewizji i – niczym wirtualne cząstki w pustej przestrzeni – nieustannie pojawiają się i znikają. Zamiast apodyktycznej obecności centrum dekonstrukcja proponuje nam grę nieustannej fluktuacji, podejmując próby utrzymania stanu nieustannej amorficzności, co chroni ją się przed zesztywnieniem i popadnięciem w dogmatyzm.

Wydaje mi się, że z pewnego punktu widzenia, podejrzliwość dekonstrukcji (i teorii w ogóle) wobec zdroworozsądkowych założeń, niejawnych aksjomatów, rozpowszechnionych twierdzeń, których nikt inny nie miał odwagi kwestionować, przypomina nam o tym, że oglądamy świat jedynie niejasno, gdyż odbity jest on w lustrze języka. Nie ma jednak powodu, aby nie można było temu odbiciu w dużym stopniu zaufać.


 

 

1Rysunek ten można znaleźć [w:] J. Culler, Literary Theory. A Very Short Introduction, New York 1997, s. 15.

2A. Burzyńska, M. P. Markowski, Teoria literatury XX wieku. Podręcznik, Kraków 2006, s. 17.

3M. P. Markowski, Anatomia ciekawości, Kraków 1999, s. 241.

4Ponieważ zadany temat skłania do rozmyślań nad stanem teorii dzisiaj, pomijam tu kwestię historycznego rozwoju teorii i skupiam się na jej dzisiejszym kształcie. Dlatego też do pewnego stopnia teoria jest tożsama z ogólnie pojętą filozofią postmodernistyczną. Wszak najczęściej czytani i cytowani przedstawiciele teorii to również filozoficzne gwiazdy na firmamencie postmodernizmu (Derrida, Foucault, Lacan, Deleuze, Guattari i wielu innych.

5Wszystkie przykłady [w:] A. Burzyńska i M. P. Markowski, op. cit., s. 4.

6O definicyjnych trudnościach pisze również wyczerpująco H. Markiewicz w eseju Teoria i metoda w badaniach literackich [w:] idem, Dopowiedzenia, Kraków 2000, ss. 49-62.

7Termin „uprzedzenie” jest tutaj użyty w swoim właściwym, a więc pejoratywnym znaczeniu, a nie w znaczeniu neutralnym, jakie próbował ma nadać Hans Gadamer.

8Eliot wyraził tę opinię w znanym eseju o poetach metafizycznych [w:] T.S. Eliot, Selected Essays, New York 1932.

9Można poczynić uwagę z dziedziny socjologii nauki, że w działalności naukowej często obserwujemy ścieranie się dwóch nurtów, które można by określić jako nurt „wysoki” i „niski”. Impulsem nurtu wysokiego są bezinteresowne pytania o naturę rzeczywistości, chęć poznania prawdy, nadzieja na dotarcie do ukrytej natury jakiegoś zjawiska. Nurt niski kształtowany jest przez snobizm, wpływ środowiska, chęć zaimponowania innym, ego trips, i tym podobne. Nie da się ukryć, że te dwa nurtu są często ze sobą splecione, choć zdarza się, iż czasem pojawiają się w czystej postaci.

10Autor zdaje sobie sprawę, że istnieją wcale liczne środowiska akademickie, w których wypowiedzenie takiej uwagi spotkałoby się z bardzo gniewną reakcją. Niezwykła kariera Lacana to przykład podatności świata akademickiego na intelektualny szantaż, a francuski psychoanalityk to sprytny uwodziciel, któremu udało się wmówić tysiącom ludzi, że jedynie ich głupota sprawia, że wydaje im się, że król jest nagi.

11Żeby nie być gołosłownym – oto próbka stylu Lacana: „Bez wątpienia Claude Levi-Strauss, komentując Maussa, chciał rozpoznać u niego efekt symbolu zero. W naszym jednak przypadku mamy raczej do czynienia z signifiant braku symbolu zero. Dlatego też wskazaliśmy, gotowi popaść w niełaskę, dokąd może doprowadzić odwrócenie algorytmu matematycznego na nasz użytek: symbol vQf, a w teorii liczb zespolonych wręcz opisany jako i, znajduje uzasadnienie pod warunkiem, że w następstwie nie prowadzi do żadnego automatyzmu. (...) W podobny sposób organ erekcyjny zaczyna symbolizować miejsce rozkoszy, nie jako on sam, ani nawet nie jako obraz, lecz jako brakująca część pożądanego obrazu: dlatego można przyrównywać go do √-1 znaczenia uzyskanego powyżej, do rozkoszy, którą mnożnik wygłoszenia przywraca funkcji braku signifiant, wynoszącego (-1)” . Mógłby ktoś zaprotestować, że słowa te zostały wyrwane z kontekstuproblem jednak polega na tym, że cały kontekst jest stworzony przez rozdziały napisane podobnym stylem. Jeśli tylko nie damy się podobnym popisom oszołomić, dostrzeżemy z pewnością, że nie o naukowość tu chodzi, lecz o zbudowanie poczucia wyższości na rzekomo naukowej dyscyplinie wywodu. Jak piszą Sokal i Bricmont w znanej książce Modne bzdury, która boleśnie obnażyła nagość wielu królów i książąt teorii, „jego [Lacana] analogie między matematyką i psychoanalizą są tak arbitralne, jak tylko można sobie wyobrazić, a jednocześnie nie podaje on jakiegokolwiek teoretycznego lub empirycznego uzasadnienia ich użycia (ani tutaj, ani w innych pracach). Jeśli zaś chodzi o popisywanie się powierzchowną erudycją i manipulacje bezsensownymi zdaniami, cytowane teksty niewątpliwie mówią same za siebie”. Zob. A. Sokal, J. Bricmont, Modne bzdury: o nadużywaniu pojęć z zakresu nauk ścisłych przez postmodernistycznych intelektualistów, Warszawa 2004, s. 46. Okazuje się, że autorzy postmodernistyczni nie rozumieją się nawzajem, studenci nie rozumieją swoich preceptorów, redaktorzy nie rozumieją nadesłanych im tekstów, być może nawet sami autorzy swoich tekstów nie rozumieją. Chodzi raczej o to, aby posługiwać się odpowiednim szyfrem (binarność, desynchronizacja, represja, przedrostek „po-” lub „post-” we wszelkich możliwych konfiguracjach itp.) i wymienić właściwe nazwiska (Lacan, Deleuze, Derrida itp.).

12Ibidem, s. 149.

13Ibidem, s. 153.

14Ibidem, s. 111. Wiele chyba tłumaczy to, że Luce Irigaray była uczennicą Lacana... Mamy zresztą do czynienia z ciekawym paradoksem: z jednej strony niektóre nurty postmodernizmu zajmują się nieustannym demaskowaniem przeróżnych totalitaryzmów, które czają się dosłownie na każdym kroku – można czasem pomyśleć, że dla wielu „totalitarny” to synonim takich słów, jak: „uporządkowany”, „jasny”, „dowodliwy”, i tak dalej. Z drugiej strony widzimy inercyjny ruch w stronę formuł matematycznych, a więc często wyklinane nauki ścisłe wracają tylnymi drzwiami jako gwarant intelektualnej precyzji i obiektywnej wiarygodności.

15Podobne poglądy wyraża Włodzimierz Bolecki [w:] W. Bolecki, Polowanie na postmodernistów w Polsce, Kraków 1993.

16T. S. Eliot, On Poetry and Poets, New York 1957, s. 126.

17Wyczerpującą analizę tego problemu można znaleźć [w:] A. Burzyńska, Teoria czy postteoria? [w]: Kryzys czy przełom. Studia z teorii i historii literatury, pod red. M. Lubelskiej i A. Łebkowskiej, Kraków 1994.

18Obszerne omówienie niechęci, jaką wywołuje dekonstrukcja można znaleźć [w:] M. P. Markowski, Efekt inskrypcji. Jacques Derrida i literatura, Bydgoszcz 1997, s. 20–31.

19Bolesław Banasiak rozróżnia pomiędzy filozoficznym i literackim okresem twórczości Derridy, krytycznie oceniając ten drugi [w:] B. Banasiak, Samobójstwo filozofii, czyli współczesna humanistyka francuska, „Twórczość” 1989, nr 8.

20Cz. Miłosz, Życie na wyspach, Kraków 1997, s. 93.

21Jak pisze Michał Paweł Markowski: „Jeśli założyć, że wielkość filozofa jest odwrotnie proporcjonalna do uproszczeń jego popularnego wizerunku, to sądząc po kuriozalnych niedoczytaniach, zarówno Nietzsche, jaki Derrida z pewnością mogą być zaliczeni do czołówki myślicieli »upupionych«” [w:] idem, Anatomia ciekawości, s. 238.

22Jak pisze Michał Paweł Markowski: „Dekonstrukcja całkowicie zsystematyzowana przestaje być dekonstrukcją. Ale też odwrotnie: dekonstrukcja pozostawiona samej sobie, opuszczona przez komentujący dyskurs, natychmiast więdnie i obraca się w nicość”. Ibidem, s. 243.

23Trudno natomiast spekulować na temat przyszłości dekonstrukcji w naukach ścisłych, gdyż trudno mówić o jej teraźniejszości. Można zaobserwować następującą zasadę – im bardziej empirycznie lub matematycznie weryfikowany charakter danej dziedziny, tym mniej w niej miejsca na dekonstrukcję. Można się oczywiście oddawać radosnym rozważaniom na temat tyranii fallogocentrycznych paradygmatów, jakie zawłaszczyły działalność naukową, można rozprawiać o arbitralnym charakterze stałych fizycznych określonych przez kontekst danego momentu historycznego, lecz nie można – z powodów czysto praktycznych – przenosić tych wątpliwości w sferę naukowej praxis. Gdyby tak się stało, dekonstrukcja nabrałaby charakteru jak najbardziej literalnego, zwłaszcza w technicznej aplikacji odkryć naukowych.